poniedziałek, 27 kwietnia 2009
FATE. story ONE: Be Destined. part TWO: TRICK
Nareszcie ktoś mnie zauważył, nareszcie ktoś chciał spędzać ze mną czas. Bez przymusu i właściwie dłużej niż było to zazwyczaj konieczne.
Wiem, że dziwne było ze mnie dziecko. Nie potrafiłem się dogadać z rówieśnikami, i w gruncie rzeczy wcale nie chciałem się z nimi dogadać.
No i jeszcze brak ojca. Wiedziałem, że mnie kocha i że jest w stanie zrobić dla mnie prawie wszystko. Ale przecież pracował, miał nową rodzinę i nie mógł spędzać ze mną tyle czasu ile rzeczywiście było potrzeba.
Nigdy nie widziałem tej jego nowej żony i drugiego dzieciaka. Ani ona nie chciała tej znajomości, ani mnie do tej kobiety nie ciągnęło.
Ojciec jeździł po świecie, przywoził nowe płyty, filmy, zabawki usiłując mi, chociaż materialnie, okazać uczucie. I patrzył na mnie z tym dziwnym żalem i smutkiem.
Wiedział, że popełnił błąd, jednak, tak samo jak mama, nie potrafił się do niego przyznać.
Tylko czasem wzdychał, po polsku bądź japońsku: Gdybym wiedział…
Przez wiele lat nie rozumiałem, o co mu chodzi, ale nie chciałem go pytać.
Czasem śmieję się, że jestem dzieckiem cudu. I w sumie to nie jest przesada.
Rodzice kilka lat starali się o potomka. Mama czterokrotnie traciła dziecko. Oboje mieli już tego dość. Kiedy okazało się ze mama znów jest w ciąży… trwała już sprawa rozwodowa.
Potem narodziłem się ja. Chociaż lekarze mówili, że praktycznie nie ma szans by ciąża została donoszona. Słaby i kruchy, powinienem był umrzeć jako niemowlę. Ale nie umarłem. Słaby i żałosny przeżyłem – jakby na złość całemu światu.
A ojciec nigdy nie wyzbył się wyrzutów sumienia.
Chociaż dosyć szybko ożenił się ponownie.
To chyba też po ojcu mam skłonność do gdybania. Cokolwiek robię zastanawiam się, co by było jakbym zrobił coś innego. Albo gdyby jakaś sytuacja zakończyła się inaczej.
Bo zawsze są przynajmniej dwa rozwiązania i zakończenia… dobre i złe.
Tamtego lata rok szkolny zaczynał się w czwartek. Było mi niedobrze na samą myśl, że znów będę musiał, co dzień chodzić do tego pudełka. No, właściwie to jeździć na rowerze.
Moja szkoła była specyficznym miejscem.
Gimnazjum przy ogólniaku, nie przyjmujące uczniów ‘według rejonu’ – aby się do niego dostać należało mieć odpowiednią ilość punktów z egzaminu z szóstej klasy, dobrą średnią i zdać specjalny test. Albo po prostu wpłacić darowiznę na rzecz szkoły.
Ja należałem do tej pierwszej grupy. Nie wiem, jakim cudem.
Nie wiem, dlaczego tak się pchałem do tego gimnazjum. Było tam równie beznadziejnie jak w szkole podstawowej. Jeśli nie gorzej.
Wtedy jeszcze chłopcy nie mieli w zwyczaju zapuszczać włosów – no chyba, że licealiści – więc ja, ze swoim długim kucykiem, wzbudzałem pewną sensację. Była to dla mnie rzecz niezrozumiała, bo włosy mam grube i mocne i nie widziałem powodu, dla którego miałbym je ścinać na krótko. Czułbym się zresztą jak idiota, bo jeszcze w przedszkolu nosiłem kitkę. Nauczyciele to ignorowali, tylko uczniom coś zawsze nie pasowało z moją osobą.
Luka chodził do liceum na drugim końcu miasta, za ‘centrum’. Też gdzieś tam wynajmował mieszkanie.
- Mój ojciec prowadzi niewielką firmę przewozową – wyjaśnił mi któregoś dnia, jeszcze w czasie wakacji. – Więc kasy trochę mamy. Cała familia mieszka w domku na zad… - urwał, udając, że się krztusi. - Znaczy, na wsi… tylko mnie wywiało do Wielkiego Miasta, i jestem sobie sam pan na włościach! – rozłożył ręce żeby pokazać potęgę swej władzy. – No… może trochę mniej… - zbliżył dłonie na odległość jakiś dziesięciu centymetrów od siebie. Po chwili namysłu pokazał palcami jakieś półtorej centymetra. – No… pan na włościach….
Obaj się zaczęliśmy śmiać.
- Wpadnij kiedyś.
Moje urodziny wypadały w pierwszą niedzielę września.
Chciałem zaprosić ze dwie osoby, tak dla zasady. Może i byłem odludkiem, ale też nie całkowicie. Jakiś tam znajomych miałem. A przynajmniej tak mi się wydawało.
W każdym razie nie miałem zbyt wiele czasu na zaproszenie gości. Niby mogłem im tydzień wcześniej wysłać smsa… ale tak naprawdę rzadko korzystałem z komórki. Więc w piątek, drugiego września, zacząłem zapraszać ludzi.
A właściwie, próbowałem.
- Patryk… - na przerwie, po drugiej lekcji, usiadłem obok kolegi na korytarzu. – Doushite Paulina się do mnie nie odzywa?
Wzruszył ramionami.
- Mnie się pytasz?
- W końcu się kumplujemy… desu ne?
Znaliśmy się z Patrykiem i Pauliną od podstawówki. I jakoś tak trochę trzymaliśmy się razem. Na tyle blisko, że zawsze zapraszaliśmy się nawzajem na urodziny, ale też na tyle daleko, że jak już mnie lano to oni nie mieli ze mną nic wspólnego. Sam tego pilnowałem, bo czemu oni mają obrywać za moją bezczelność.
- Chciałem ją zaprosić… - westchnąłem. – A właśnie, przyjdziesz na moje urodziny?
- Kiedy?
- W niedzielę.
Zastanawiał się chwilę, przeczesując przy tym palcami brązowe włosy. Był ode mnie wyższy i trochę pulchniejszy, co wcale nie jest trudne zwarzywszy na moją budowę ‘niewyrośniętego anemika’.
Włosy miał tak falowane, że któregoś dnia stwierdziłem, że jak mu mucha siądzie to od razu choroby morskiej dostaje.
- Następną? – zapytał w końcu.
- Iie – pokręciłem głową. – Tę.
- Chyba ci odbiło. – stwierdził dobitnie. – Pojutrze?
- No… Tak. A to, że mi odbiło to nic nowego – machnąłem ręką z lekceważeniem.
Westchnął.
- Zobaczę. Ale nie obiecuję.
- To ty mi jeszcze powiedz – przemieściłem się lekko, i oparłem się bokiem o ścianę. – Co jest Paulinie.
- A co ma jej być?
- Mówiłem już. Ignoruje mnie. A ja jej nawet nie dałem powodu! – wyrzuciłem z siebie.
- Marudzisz… - teraz on machnął ręką na mój problem. – Kobieta zmienną jest… - mruknął filozoficznie.
- Dziewczyna z gimnazjum, nie kobieta.
- Jeden pies – znowu wzruszył ramionami.
- Miło, że porównujecie kobiety do psa – usłyszeliśmy nad sobą chłodny dziewczęcy głos.
Przed nami stała Paulina lekko pochylona w naszą stronę. Patrzyła na mnie z wyraźna niechęcią, chociaż to Patryk wygłosił komentarz o psach.
Chciałem zaprotestować, ale dziewczyna prychnęła i, odwróciwszy się na pięcie, odeszła do swojej klasy.
- O co jej chodzi? – mruknąłem, bardziej do siebie niż do Patryka.
I tak nie usłyszał, bo w tym momencie zadzwonił dzwonek obwieszczając koniec przerwy.
- Kusooo… - przekląłem po japońsku, jak zwykle zresztą. – Nie zdążyłem zjeść śniadania!
Chociaż może się to wydawać zabawne, dla mnie był to problem. I to nie dlatego, że pochłaniałem ilości jedzenia, które większość ludzi wprawiały w zdumienie. Regularnie musiałem brać sporo leków, i to nie na pusty żołądek, bo tak to by mi w niedługim czasie zostały z niego smętne resztki.
Wracałem pod swoją klasę, gdy nagle, tuż przed moją twarzą, pojawiła się czyjaś ręka, blokując przejście. Spojrzałem na nią z absolutną pogardą, i powoli przeniosłem wzrok na jej właściciela.
- Te lala… - powiedział, uśmiechając się złośliwie. – Kolega - skinął głową do tyłu gdzie stało trzech jego ‘przybocznych’. – Chciałby się z tobą umówić. – Zaśmiał się jakby właśnie opowiedział najlepszy dowcip świata.
‘Za dużo się filmów chłopak na oglądał chyba…’ przemknęło mi prze myśl.
Westchnąłem teatralnie. Mogli chociaż zaczekać do poniedziałku, a nie już pierwszego dnia… I wymyślić jakiś nowy tekst.
Po roku to zaczyna być nudne.
- Wiesz, co… - zacząłem idealnie spokojnym głosem, patrząc prosto w niebieskie oczy chłopaka. – Nie mam czasu na takie bzdury jak randki, więc zjeżdżaj Karolku, szukać nowego mózgu, bo twój stary już od dość dawna nie działa za dobrze… Jeśli jeszcze nie zauważyłeś – dodałem prawie zmartwionym głosem.
Z pewną fascynacją patrzyłem jak zmienia się jego wyraz twarzy – od zdziwienia, przez zrozumienie do wściekłości. Zaczął przybierać ciekawy wiśniowy kolor i zaciskać pięści, ale na szczęście w tym momencie przyszedł nauczyciel, więc przemknąłem się pod, wciąż opartą za mną, ręką Karola i uciekłem do klasy, rzucając jeszcze do niego ‘baka’ z pełnym wyższości uśmiechem.
Oczywiste było, że ten tekst nie ujdzie mi na sucho. Ale miałem zapewniony spokój do końca lekcji. Woleli mnie nie tłuc w szkole, łatwiej było im złapać mnie później.
‘Będę musiał powiedzieć Patrykowi żeby wziął mój rower… - myślałem w trakcie lekcji. – Nie chce żeby mi znowu opony przebili i hamulce podcięli…’
Poczułem pacnięcie w głowę. Kulka z papieru. Podniosłem rękę.
- Proszę pana, Karol znowu zachowuje się jakby to była podstawówka.
Usłyszałem za sobą wściekłe szepty, gdy nauczyciel wpisywał uwagę do dziennika.
W tej walce wszystkie chwyty były dozwolone.
No, prawie wszystkie.
Na przerwach unikałem kłopotów – czyli siedziałem w bibliotece, bądź bunkrowałem się w piwnicach żeby w spokoju zjeść drugie śniadanie.
Przed ostatnią lekcją Karol mnie potrącił przy wchodzeniu do klasy i syknął mi do ucha:
- Oberwie ci się za to, homoniewiadomo…
‘Żałosny koleś…’
Nie mogłem się w ogóle skupić na lekcji. Kobieta coś zawzięcie tłumaczyła pod tablicą, a ja nie wiedziałem, o co jej chodzi. Starałem się chociaż mieć inteligentny wyraz twarzy.
To nie przez Karola nie mogłem się skoncentrować. On był w sumie niewielkim problemem. Ot, najwyżej przybędzie mi trochę zadrapań i siniaków.
Ale dużo większym problemem była Paulina.
No cóż… podobała mi się.
Właściwie wydawać by się mogło, że była zupełnie nie w moim typie – wysoka i tyczkowata, o miodowej karnacji, brązowych oczach i ciemnych, krótkich włosach. Ale była naprawdę ładna. Nie było to z mojej strony jakieś wielkie uczucie, tylko zwyczajne szkolne zauroczenie. I gryzło mnie pytanie: dlaczego ona ma do mnie jakieś pretensje?
W końcu doszedłem do wniosku, że są dwie możliwości. Albo się dowiedziała, że coś do niej czuję i jej się to nie spodobało, albo to ona czuje coś do mnie i skądś wie o Luce.
W końcu wiedziała, że jestem Bi – znała moją słabość do Matsu i Hiroto.
Po chwili namysłu odrzuciłem drugą możliwość. Co najmniej z trzech powodów. Po pierwsze prawdopodobieństwo, że podobałem się Paulinie oscylowało w okolicach zera, po drugie Luka był raczej hetero – nigdy o tym nie rozmawialiśmy, więc pewności nie miałem – no i po trzecie, z przyczyny numer dwa, nic nie było między mną a Luką.
Dzwonek zadzwonił zdecydowanie za szybko.
Karol wyleciał z klasy jakby go ktoś wystrzelił. Nauczycielka nawet nie zdążyła zadać zadania domowego.
„Jak tak dalej pójdzie, to nie zda za samo zachowanie” – pomyślałem.
On chyba miał jakiś kompleks względem mnie. Nasze ‘relacje’ zawsze przebiegały według pewnego schematu: on się czepiał, ja byłem wredny, on się wkurzał i rzucał. Średnio dwa-trzy razy w miesiącu sytuacja była na tyle ostra, że czaił się z kumplami po lekcjach i mnie lał. Tym razem chyba po prostu postanowił zacząć rok szkolny od ‘przyjemności’.
Nieśpiesznie się spakowałem. Przez moment zastanawiałem się czy nie da się jakoś uniknąć bójki. O ile można to nazwać bójką.
Z westchnieniem zapiąłem torbę i wyszedłem z klasy.
Patryk już na mnie czekał pod salą. Dałem mu klucz do kłódki od roweru i powiedziałem żeby zostawił go pod księgarnią, a sam klucz wcisnął pod siodełko.
Ja wyszedłem ze szkoły pierwszy. Karolek i jego świta już na mnie czekali.
Zacząłem uciekać. Przecież tak naprawdę nie chciałem oberwać. Kto normalny by chciał?
Mimo, że nie ćwiczyłem na W-F’ie byłem dość sprawny – jazda na rowerze wzmocniła mi nogi, więc biegałem szybko, no i byłem drobny, więc i zwinny. To wystarczyło żeby skutecznie uciekać.
Chwilę zajęło im złapanie mnie. Zajęłoby nawet dłużej, gdyby nie to że się rozdzielili i jeden pobiegł skrótem.
Było ich czterech. Nie byli typowymi osiłkami z filmów dla młodzieży, którzy znęcają się nad młodszymi żeby wyłudzić z nich kasę na drugie śniadanie. Każdy z nich był szczupły i dość umięśniony, i wyższy ode mnie przynajmniej o głowę. W czasie wakacji musieli urosnąć o kolejne dziesięć centymetrów.
Dwóch najwyższych złapało mnie za ręce usiłując je wykręcić. Udało mi się je wyrwać i w obronnym geście przycisnąć do piersi, a wtedy otrzymałem cios w brzuch. Miałem wrażenie, że żołądek uderzył mi o kręgosłup i odbił się jak piłka. Zwinąłem się z bólu.
Kolejny cios oberwałem w twarz. Teraz już się przewróciłem.
- I co teraz pedałku? – usłyszałem Karola, nim kopnął mnie w brzuch.
- Baka kuso atama… - syknąłem przez zęby pierwsze japońskie wyzwisko, jakie przyszło mi do głowy.
- Mówiłeś coś? – zapytał, akcentując to kolejnym kopnięciem.
- Że masz gówno we łbie, idioto! – przetłumaczyłem.
- Przestań pierdolić! – znowu się wkurzył, i znów mnie kopnął.
A ja pomyślałem o tym, co mi kiedyś powiedział ojciec.
‘Jesteś wojownikiem. Nigdy nie trać dumy.’
Dlaczego akurat to? Głupie i pełne patosu…
Ale fakt. Dumy i brawury mi nigdy nie brakowało. Ba! Zawsze miałem ich nadmiar…
Kilka ciosów później stracili mną zainteresowanie. Leżałem jeszcze chwilę bez ruchu na zimnym asfalcie. Wszystko mnie bolało. Oceniałem obrażenia - wiedziałem, że nic nie mam poważnie uszkodzonego – żadnego złamania ani nic. Na pewno przybyło mi sporo siniaków, i otarć. Jedno rozcięcie na czole, bo mi krew leciała do oczu. Rękom na szczęście nic się nie stało.
Byłem żałosny.
Miałem świadomość, że powinienem w końcu oddać, bronić się jakoś. Ale zawsze przypominało mi się, że przecież mama mówiła żebym się nie bił…
Naprawdę, nieudolny idiota ze mnie.
Poza tym jednak musiałem chronić dłonie. Bałem się, że jeśli coś im się stanie nie będę mógł już grać.
Gdybym nie mógł grać straciłbym cel w życiu.
W końcu wstałem z wysiłkiem, wydając przy tym z siebie bolesne jęki. Otarłem rękawem krew z czoła, wyplułem z ust – chyba miałem rozbitą wargę - wytrzepałem trochę ubranie i torbę i ruszyłem w kierunku księgarni po mój rower.
Przemknęło mi przez myśl, że mama pewnie zacznie się wypytywać, martwić i złościć o brudne ciuchy…
Patryk na mnie czekał. Zdziwiło mnie to, bo przecież miał jak zwykle zostawić rower i iść. A on stał pod księgarnią, patrząc na mnie lekko przerażonym wzrokiem.
- Co oni z tobą zrobili… - jęknął zszokowany.
- Pobili… - mruknąłem tonem pod tytułem ‘to oczywista oczywistość, debilu’.
- Wyglądasz okropnie…
- Ty też nie za pięknie – odwarknąłem. Byłem cały obolały i głodny, co oznacza, że również i wściekły.
- Weź przestań! – ofuknął mnie. –Wiesz, że nie o to mi chodzi. Przejrzyj się chociaż w wystawie.
Posłuchałem i spojrzałem na swoje odbicie w szybie. No cóż… na tyle na ile było widać… przynajmniej czułem się lepiej niż wyglądałem…
Twarz miałem opuchniętą i brudną, chyba od krwi. Na tyle na ile udało mi się zobaczyć miałem rozcięcie nie tylko na czole, ale też na policzku i wardze.
- Masz chusteczkę – Patryk podał mi paczkę. – Wytrzyj się.
Korzystając z wystawy jak z lustra starłem częściowo krew i brud z twarzy. Teraz było trochę lepiej, ale zaczęło mi puchnąć oko.
- Czy ty nie mógłbyś dać już temu spokoju? – zapytał nagle Patryk.
- Ale że nani? – nie zrozumiałem o co mu chodzi
- Przestań pyskować to przestaną cię lać!
Uśmiechnąłem się gorzko.
- To nie takie proste… - pokręciłem głową.
- Właśnie, że jest proste! – lekko podniósł głos. – Przez te twoje pyskówki nie możemy nawet się na serio przyjaźnić, bo i my się boimy, że nas też będą tłuc, i ty się od nas odsuwasz! Paulina już tak nie może! Przecież ty… - urwał.
- Paulina? Nani? Co przecież ja? – to mi się nie podobało.
- Nic…
- Widzę, że coś.
- Nic! Jak mówię że nic to nic!
- Jak nic, to się już kurwa ode mnie odczep! – teraz ja wrzasnąłem. Może i moja złość była irracjonalna, ale to już było za dużo na mnie. Mógł poczekać z tym czepianiem się, przynajmniej do jutra. – Ty i Paulina! Odpieprzcie się ode mnie oboje i wszyscy będziemy mieli spokój!
Patryk zawahał się. Ja byłem już tak wściekły że mnie nic nie obchodziło.
- Daj kluczyk. – zażądałem.
- Czekaj, ale…
- Daj kluczyk!
Musiałem mieć naprawdę straszny wyraz twarzy, bo spojrzał na mnie lekko przerażonym wzrokiem i posłusznie oddał klucz.
Odpiąłem rower i bez słowa pojechałem do domu.
- Tadaima! – zawołałem odruchowo, wchodząc do mieszkania.
Szybko zrzuciłem buty i, zostawiwszy torbę w przedpokoju, zamknąłem się w łazience.
Delikatnie obmyłem twarz letnią wodą – syknąłem cicho, gdy ranki zapiekły. Wyjąłem z szafki wodę utlenioną i plastry, i opatrzyłem rozcięcia na twarzy. Powstrzymałem się przed użyciem jaskrawo niebieskich plastrów – może i były fajne, ale zanadto by się rzucały w oczy.
Na szczęście ranki nie były zbyt głębokie, wiec wiedziałem, że raczej nie będzie blizn. Ale na wszelki wypadek użyłem jeszcze specjalnej maści żeby nie było śladów.
Lewe oko było co prawda lekko podpuchnięte, ale nie podbite.
Zdjąłem bluzę i, odpiąwszy od niej identyfikator, wrzuciłem ja do prania.
Ogólnie nie było źle. Tylko wszystko mnie bolało…
Na pytanie mamy, co mi się stało, odpowiedziałem – ‘przewróciłem się’. I tak mnie potem maglowała pół dnia. A ja uparcie powtarzałem to samo.
Myślę, że ona wiedziała, co się tak naprawdę stało, ale chciała to usłyszeć ode mnie. Z tym, że ja z kolei nie chciałem żeby robiła w szkole aferę.
Już wolałem żeby wszyscy w rodzinie uważali mnie za potykającą się o własne nogi ofermę…
Powiedziałem też mamie, że nie urządzam urodzin. Nie miałem już po co.
W niedzielę obudziłem się o dziewiątej. Miałem czternaście lat.
Wstałem, powyciągałem się trochę, zrobiłem kilka brzuszków i przysiadów – nie ćwiczyłem na w-f’ie, ale to dlatego że nie powinienem się przemęczać… i dlatego że mi się nie chciało. Ale trzeba ćwiczyć, chociaż trochę.
A potem poszedłem się zmierzyć. Mierzyłem się regularnie, zawsze czwartego dnia każdego miesiąca. Zawsze zapisywałem swój wzrost i wagę w specjalnym zeszycie z tabelką – jedna strona na jeden rok, odkąd skończyłem cztery lata.
4 września 2005
wzrost – 145 cm
waga – 32 kg
Westchnąłem. W drugiej klasie gimnazjum chyba powinienem być wyższy. I chyba miałem lekką niedowagę… znowu.
Postanowiłem spędzić dzień na oglądaniu koncertów na DVD. Urodziny to dzień jak każdy inny, tylko wieczorem musiałem odwiedzić dla zasady dziadków i resztę rodziny.
Koło godziny piętnastej zadzwonił domofon. Zignorowałem go, bo nie spodziewałem się nikogo.
- Słońce… chyba ktoś do ciebie – powiedziała mama.
Zdziwiło mnie to.
- Otwórz mu na górze.
‘Mu’? Patryk? Czy kto?
Pierwszym, co zobaczyłem za drzwiami był wielki bukiet… niebieskich róż. A gdzieś za nimi trzymający go…
- Luka! Nani ty tu robisz? – zawołałem zszokowany.
- Wszystkiego najlepszego! – wyszczerzył się do mnie.
Każdemu innemu chyba zatrzasnąłbym drzwi przed nosem.
- Nani ty tu robisz? – powtórzyłem.
- Masz dzisiaj urodziny prawda? – spojrzał na mnie dziwnie.
- No… tak… demo… - nagle przypomniałem sobie, że należałoby go wpuścić. – Właśnie… Wchodź. Zdejmij buty…
- Proszę! – wręczył mi bukiet.
- Demo… - zmieszałem się. – Nani to ma być?
- Róże - znów się wyszczerzył. – Niebieskie. Twoje ulubione.
- Skąd wiedziałeś? – wyksztusiłem dziwnym głosem. Spojrzałem na kwiaty. Był naprawdę wspaniale ufarbowane, tak, że wyglądały prawie jak naturalne.
- Kiedyś powiedziałeś, że niebieskie róże są piękne, bo oznaczają coś niemożliwego – wyjaśnił.
Oprzytomniałem.
- Odbiło ci? – Warknąłem, już swoim normalnym tonem. – Przecież one są cholernie drogie! I to idiotyczne żebyś kupował mi kwiaty! Toż ja nie jestem jakąś laską!
- Nie podobają się…? – posmutniał.
- Podobają… – mruknąłem. – Chodź.
Zaprowadziłem Luke do siebie do pokoju, po drodze zaglądając do kuchni żeby przedstawić go mamie. Była u nas w domu taka niepisana zasada, że musiałem jej pokazać każdego nowego znajomego.
Tuż przed drzwiami do mojego pokoju zatrzymałem się gwałtownie.
- Poczekaj chwilkę – powiedziałem do chłopaka i dla kontroli zajrzałem do pomieszczenia. Dobra. Poza tym, że widać na pierwszy rzut oka, że to pokój maniaka, nie było tak źle.
- Proszę… - otworzyłem szerzej drzwi.
Kwiaty wstawiłem do wazonu na biurku.
Zdecydowanie dziwnie się z tym wszystkim czułem. Co najmniej idiotycznie.
Luka usiadł na łóżku i rozejrzał się po pokoju. Zatrzymał wzrok na wieży, półce z płytami i każdym po kolei plakacie.
- Grasz? – zapytał wskazując mój bas.
- Uhm… - skinąłem głową. Powstrzymałem się przed ironicznym ‘nie, on tak stoi dla ozdoby’. Niepewny, co ze sobą zrobić, wciąż stałem przy biurku, co jakiś czas zerkając na bukiet róż. Mieszane uczucia mnie nie opuściły.
- Nic nie mówiłeś… mogę? – wstał i nie czekając na odpowiedź wziął moją gitarę ze stojaka.
- Iie! – warknąłem. Zaraz byłem przy nim i wyrwałem mu instrument z ręki.
- Okej, okej, nie tak ostro! – uniósł dłonie w pseudo-obronnym geście. – Chciałem tylko zobaczyć!
Spojrzałem na niego z wyrzutem.
- No dobrze… - niechętnie podałem mu bas. – Ale ostrożnie z nim!
Wziął go ode mnie delikatnie, jakby był zrobiony ze szkła, a nie ciężkiego drewna. Cały czas patrzyłem na niego nieufnie. Z powrotem usiadł na łóżku i lekko szarpną struny.
- Masz kostkę? – zapytał
Skinąłem głową i bez słowa podałem mu trzy piórka różnych twardości. Wziął to pół-twarde… albo pół-miękkie? Nieważne…
- Ja wolę grać palcami…
- Uhm… - mruknął skupiony.
Nagle szarpnął struny z całej siły, aż jęknęło.
Natychmiast znalazłem się przy Luce, wyrwałem mu bas i uderzyłem go - najpierw w twarz, potem w klatkę piersiową.
Na jego twarzy odmalowało się absolutne zdumienie.
- Nigdy tak nie rób… - wycedziłem prze zęby. – To jest część mnie.
Chłopak zmrużył lodowate oczy. Widać było, że się powstrzymuje żeby mi nie oddać.
Atmosfera w pokoju zrobiła się zimna i ciężka. Uświadomiłem sobie, że, po raz pierwszy od lat, uderzyłem kogoś.
- Gomenasai… - szepnąłem. Odłożyłem bas na stojak i podszedłem z powrotem do Luki. – Przepraszam… - powtórzyłem, już po polsku.
Nie byłem idealnie dwujęzyczny. Znałem jednak japoński na tyle by móc się dość swobodnie porozumiewać w tym języku. Musiałem go znać, ze względu na ojca, ale też dla siebie. Bardzo często też używałem zwrotów po japońsku – bo lubiłem, bo czułem się wyjątkowy i… bo nikt tego nie rozumiał.
Nagle Luka złapał mnie za ramię i pociągnął na łóżko. Jedną dłonią przytrzymał mi nadgarstki nad głową, a drugą… zaczął mnie łaskotać.
Właściwie to nie mam łaskotek. W każdym razie oficjalnie. Tak naprawdę takie ‘niemienie’ jest prostsze niż by się wydawało – wystarczy wmówić innym, że się nie ma łaskotek, i odpowiednio napiąć mięśnie. Działa w dziewięćdziesięciu przypadkach na sto.
Tym razem byłem jednak zbyt zaskoczony i chwilę później wiłem się pod Luką, dusząc ze śmiechu. Na dodatek bolały mnie jeszcze obrażenia z piątku. Bezskutecznie szarpałem się i kręciłem, usiłując wyrwać ręce.
- Onegai… -jęknąłem. Już płakałem ze śmiechu. – Yamete… Kudasai… Przes… tań…
I nagle mnie puścił. Zwinąłem się w kłębek i wciąż nie mogłem przestać chichotać. Kiedy udało mi się wreszcie chociaż trochę uspokoić leżałem jeszcze chwilę bez ruchu, dysząc ciężko.
- Zemsta jest słodka… - syknął mi chłopak prosto do ucha.
Puścił mnie w najlepszym możliwym momencie. Chwilę później mama zapukała do drzwi, przynosząc nam ciastka i sok. Śmiać mi się chciało, kiedy Luka, z szarmanckim ukłonem, wziął od niej tacę.
Mama popatrzyła na mnie dziwnie i powiedziała żebym rozłożył stolik. Dopiero jak wyszła, zrozumiałem jej spojrzenie – ciągle leżałem zwinięty na łóżku.
‘Mam nadzieję, że nie wyglądam jakby ktoś mnie zgwałcił…’ – przemknęło mi przez myśl.
W końcu wstałem i wyciągnąłem spod biurka niski rozkładany stolik. Zrzuciłem kilka poduszek i wskazałem Luce miejsce na podłodze, obok siebie.
- Właściwie… - zaczął. – Co ci się stało w twarz? – wskazał plastry.
- Boku… w piątek spadłem ze schodów, w szkole – gładko powiedziałem kłamstwo, które powtarzałem mamie.
- Ale nic ci się nie stało?
- Iie – pokręciłem przecząco głową. – Tylko się trochę poobijałem
Popatrzył na mnie dziwnie, ale wzruszył ramionami.
Gadaliśmy trochę o bzdurach, ale Luka ciągle zerkał na plakaty na ścianach. W końcu zapytał:
- To ten twój zespół tak? I to jest Hiroto? – wskazał na zdjęcie szczupłego młodego mężczyzny o jasnobrązowych włosach i ciemnych, lekko skośnych oczach, siedzącego pod elegancką biblioteczką.
- Iie… - znowu pokręciłem głową. – To jest Matsu. Basista. Hiroto to ten – pokazałem mu inny plakat, chłopak na nim nie wyglądał na starszego od Luki, miał czarne, półdługie, rozczochrane włosy i żółte okulary-muchy na pół twarzy.
- Jacyś tacy młodzi… - mruknął Luka.
- Maja po trzydzieści sześć lat…
- Że co?! – aż rozszerzył oczy ze zdumienia.
- Że to – mruknąłem zniecierpliwiony. Kiedy, po raz setny, ma się tłumaczyć jedną rzecz, to się robi irytujące i nudne. – To japończycy. Oni już tak mają… Powinieneś zobaczyć mojego ojca. Ten sam typ normalnie… tylko nie taki ładny… Matsu-sama… - popatrzyłem rozmarzonym wzrokiem na zdjęcie Matsu. Było w nim coś… Nie potrafię tego nazwać. Po prostu na swój pokręcony sposób go kochałem. W każdym razie na tyle na ile można kochać swojego idola.
Luka musiał dobrze zinterpretować moje spojrzenie, bo nagle zapytał:
- Jesteś gejem?
Zawahałem się. Nie dlatego, że się wstydziłem bycia biseksualnym. Po prostu od mojej odpowiedzi mogło zależeć czy spojrzy na mnie z obrzydzeniem, szybko wyjdzie i już się nie odezwie, bądź… zaakceptuje sytuację.
Popatrzyłem na niego uważnie, usiłując wybadać jakoś teren. Jednak on patrzył na mnie z absolutnym spokojem i powagą, z której nie dało się nic wyczytać.
- Iie – powiedziałem w końcu. – Jestem Bi.
- O! – uśmiechnął się. – Ja też!
Szczęka opadła mi do piwnicy. Czy to normalne? To jego radosne ‘Ja też!’ przyprawiło mnie o ciężki szok. Przez dłuższą chwilę nie byłem w stanie wykrztusić słowa. Siedziałem, więc, gapiąc się na Luke nieprzytomnie, z otwartymi ustami.
A on dalej patrzył na mnie z rozbrajającym uśmiechem. Potem wyciągną do mnie rękę, złapał mnie delikatnie za brodę i zamknął usta.
Zamrugałem nerwowo.
Wtedy weszła mama i oznajmiła, że koniec tego dobrego, żadnej imprezy miało nie być, i że mamy iść do dziadków.
Byłem jej za to wdzięczny. To wszystko było dziwne… Miałem dziwne poczucie nierealności. Takie rzeczy mogą się zdarzać w filmach, telenowelach czy książkach… Nie w rzeczywistości.
W tamten piątek moja ‘znajomość’ z Patrykiem i Pauliną się urwała. A właściwie ja ją zakończyłem. Trochę bez sensu, bo wściekłem się o nic. Ale to chyba świadczyło o tym jak krucha była to ‘przyjaźń’, i to, jak ‘bardzo’ mi się ta dziewczyna podobała. No i o tym, że uparty i w pewien sposób dumny, był ze mnie dzieciak.
Wbrew wszystkiemu jednak nie zostałem sam. Niby byłem odludkiem i nie miałem przyjaciół, ale zawsze znajdował się ktoś, z kim można było czasem pogadać w szkole. Zazwyczaj nie było tych osób więcej niż dwie na raz.
Wtedy ‘odżyła’ moja znajomość z Sebastianem. Chodziliśmy razem do podstawówki i nawet się wtedy kumplowaliśmy, ale potem jakoś tak zeszło, i nie gadaliśmy przez pewien czas.
Sebek był szczupłym blondynem o bladoniebieskich oczach, sporym, zaokrąglonym nosie i pociągłej twarzy. Jego ojciec był dziennikarzem czy kimś takim, a on sam typem lekko ‘kujonowatym’ i wiecznie na tego ojca narzekał, jaki to beznadziejny darmozjad z niego. Ciekawe podejście jak na gimnazjalistę. Musiał nosić dość mocne okulary, których nie cierpiał i poprawiał, co pięć minut, co dodawało mu jeszcze wygląd kujona.
No i miał to do siebie, że zakochiwał się z częstotliwością średnio jedna dziewczyna na tydzień, i oczywiście za każdym razem to była miłość wieczna, idealna i tak dalej… I oczywiście zawsze platoniczna, bo bał się cokolwiek dziewczynie powiedzieć, bądź była to po prostu jakaś modelka, aktorka, lub inna dorosła i absolutnie nieosiągalna ‘istota niebiańska’, jak zwykł nazywać swoje ‘jedyne i prawdziwe miłości’. Przez tydzień.
No dobra, zdarzało mu się, że jego uczucie trwało dwa, a nawet trzy tygodnie… Ale nie pamiętam żadnego które by wytrwało miesiąc. Żeby było zabawniej, on tak miał jeszcze w podstawówce. Więc jak prawdziwe to mogło być?
Drugą osobą, z jaką ożył kontakt był Marcin. Chociaż w jego przypadku ożywił to nie jest dobre słowo. Dość powiedzieć, że znaliśmy się jeszcze w przedszkolu, rozumieliśmy się bez słów, a był typem ‘mrok i zło’, wcale się nie starając. Po prostu będąc.
Mijały dni, tygodnie. Z Luką spotykaliśmy się dość regularnie. Znów ze trzy razy mnie obito. W szkole przez większość czasu trzymałem się z Sebkiem. Nic ciekawego.
Po którymś kolejnym razie, jak mnie potłukli, utykałem przez pewien czas, bo Karolek mnie kopnął w kostkę.
Wtedy Luka zmusił mnie żebym mu powiedział, czemu ciągle jestem taki poobijany.
- I nie uwierzę, że tak ciągle spadasz ze schodów! – zaznaczył.
Powiedziałem mu.
W pierwszej chwili chciał biec i ich pobić. Powstrzymałem go. Powtarzałem, że to nic nie da, że jakoś to wszystko przeżyje. W końcu się opanował.
- No dobra… - mruknął naburmuszony. – Niech ci będzie.
Następnego dnia przyszedł po mnie pod szkołę.
Z drugiego końca miasta.
Ten chłopak był dziwny.
Ale… Naprawdę go lubiłem.
Oczywiście zapytał, który to Karol, i czy może mu spuścić łomot.
Wzruszyłem ramionami, ale wskazałem chłopaka.
- Gimnazjalistę będziesz bił?
- Tylko dlatego, że ruszył ciebie – odparł. Patrzył na mnie absolutnie poważnie, ale, jak to miał w zwyczaju, znów poczochrał mi włosy, co trochę popsuło efekt.
W takich momentach nie bardzo wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Nienawidziłem tego. Więc tylko szedłem obok i gapiłem się na swój rower.
Nagle Luka się zatrzymał.
- Słuchaj… - zaczął powoli, myśląc nad czymś intensywnie. – Masz czas w piątek?
- A czemu nie? – opowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Wpadniesz do mnie?
- Czemu tak nagle…?
- Nie wiem – wzruszył ramionami. – Tak mi przyszło do głowy.
- O której? – zapytałem tylko.
Jego uśmiech nie mógłby być szerszy. No, chyba że nie miałby uszu.
W piątek spotkaliśmy się o czwartej po południu, jak zwykle pod empikiem. Stamtąd poszliśmy na przystanek i podjechaliśmy trochę tramwajem. Potem znów kawałek na piechotę.
Wynajmował mieszkanie w starej, ale dość zadbanej, czteropiętrowej kamienicy. Co prawda tynk chyba pamiętał czasy sprzed wojny, ale ogółem budynek sprawiał dość przytulne wrażenie.
Musieliśmy wejść na ostatnie piętro.
– Mieszkania na poddaszu są często dość tanie – wyjaśnił. - Bo w zimie piździ, a w lecie robi się piekarnik. No, ale… Ciasne, ale własne! – oznajmił z dumą w głosie otwierając przede mną drzwi.
Z klatki schodowej wchodziło się bezpośrednio do pierwszego z dwóch pokoi, pomalowanego na ciepły odcień zieleni.
Odruchowo zdjąłem buty, mimo tego, że Luka powiedział, że nie trzeba.
Całe mieszkanie, od wejścia do okna naprzeciw, było w sumie szerokie na jakieś cztery metry, ale za to bardzo długie. Po lewej znajdowały się drzwi do drugiego pokoju, po prawej łazienka i wnęka kuchenna. Na środku stał stół i kanapa, a przy ścianach półki z książkami – zastawione od góry do dołu.
Luka zaprowadził mnie do drugiego pokoju – ten był pomalowany na głęboki, ciepły pomarańcz. Sprawiał bardzo przyjemne wrażenie – jednak ja wolałem lodowaty błękit mojego pokoju.
Tutaj dach, w przeciwieństwie do pozostałych pomieszczeń, nie był spadzisty. Obok dużego okna stało biurko z komputerem, dalej zaś komoda i niewielka szafa. No i półka na książki. Było tu ich już dużo mniej, jeszcze tylko kilka leżało na podłodze obok łóżka, jakby czytał je tuż przed wyjściem i nie odłożył na miejsce. Ale tym, co mnie wręcz zachwyciło, było właśnie łóżko. Takie wielkie, i zachęcające…
Tak, wiem jestem dziwny. Nic nowego.
Powstrzymałem się jednak przed rzuceniem się na nie. Nie chciałem odstawiać wsi.
- Rozgość się. Napijesz się czegoś?
- Uhm… -mruknąłem, niepewnie siadając na brzegu łóżka. Czułem się tak samo jak wtedy, gdy on przyszedł do mnie po raz pierwszy, w moje urodziny.
Popatrzył na mnie uważnie.
- Tak, możesz się rozłożyć na łóżku, nie krępuj się. Ale pamiętaj, że wyrzucę cię z chwilą, gdy zaczniesz się psuć.
- Haha, bardzo śmieszne… - mruknąłem, układając się z nonszalancją, jakbym wcale nie czuł się skrępowany.
Luka wzruszył ramionami i poszedł do kuchni. Po chwili wrócił, niosąc dwie butelki piwa.
- Pijesz? – Wyciągnął do mnie jedną z nich. W połowie drogi jednak zatrzymał rękę. – Chyba za młody jesteś… - zawahał się.
Chociaż w pierwszej chwili chciałem mu odmówić – bo właściwie nie ciągnęło mnie do alkoholu – tak to stwierdzenie podziałało na mnie jak płachta na byka.
- Dawaj! – zażądałem, mrużąc gniewnie oczy.
Uśmiechnął się delikatnie i podał mi butelkę.
Zgodnie z instrukcją przekręciłem kapsel i, zerknąwszy niepewnie na Lukę, łyknąłem mój pierwszy w życiu łyk piwa.
Było obrzydliwe. Aż mnie skrzywiło na pyszczku, co wywołało u Luki parsknięcie śmiechem.
Wkurzyło mnie to jeszcze bardziej, więc zacisnąłem zęby i, próbując nie myśleć o smaku, duszkiem wypiłem pół butelki.
Chłopak aż rozdziawił usta ze zdumienia. A ja z kolei poczułem dziką satysfakcję, widząc jego minę, chociaż aż mnie mdliło od smaku piwa. Tym razem jednak nie dałem tego po sobie poznać, i powoli dalej opróżniałem butelkę.
Gwizdnął z podziwem, gdy oddałem mu puste szkło i od razu zapytał czy chce jeszcze jedno.
Wzruszyłem ramionami. Jedno piwo wypiłem, czemu miałbym nie dać rady kolejnemu? Już nawet nie ruszało mnie to, że smakowało obrzydliwie.
Tym razem przyniósł też z kuchni czekoladę i ciastka. To zainteresowało mnie znacznie bardziej niż następna butelka.
Potem przez godzinę gadaliśmy o niczym sącząc piwo. Właściwie to będąc w połowie drugiej butelki stwierdziłem, że nawet zaczyna mi smakować. Tyle, że robiło mi się po nim jakoś tak dziwnie…
Kiedy Luka wręczył mi trzecie piwo – sam pił dopiero drugie – zacząłem się zastanawiać czy już jestem pijany czy jeszcze nie… I czy przypadkiem nie biorę jakiś leków, których nie wolno łączyć z alkoholem.
Jakoś tak zeszliśmy na temat szkoły – koszmarnych nauczycieli, porannego wstawania, i wkuwania rzeczy, które nam się w życiu do niczego nie przydadzą.
- No… - zaczął nagle, patrząc na mnie uważnie. – Teraz powiesz mi, co nieco na temat twoich kolegów ze szkoły.
- Że nani…? Jakich? – Znowu łyknąłem piwa. Zaczynałem mieć już pewne problemy z kojarzeniem faktów.
- No… Karolu i całej reszcie. Mieszkają w centrum, czy bliżej szkoły? Dojeżdżają, czy przychodzą z buta? Szczegóły proszę.
Musiałem chwilę pomyśleć żeby dotarło do mnie, o co mu chodzi, i kolejną chwilę by znaleźć w pamięci odpowiedzi. Nie rozumiałem, dlaczego mi to aż tak ciężko szło.
- Karol mieszka koło kościoła… Co do reszty to iie mam pojęcia…
- Który kościół?
- No ten… nasz… - znowu przyssałem się do butelki. - Na dzielnicy… On z buta przychodzi… - Zaczęła już mi się składnia plątać. Zawsze miałem z tym pewne problemy. Dopiłem piwo i automatycznie sięgnąłem po kolejne. Właściwie już nie czułem smaku, więc piłem duszkiem.
- Ej, ej… - Luka odsunął mi od ust butelkę, która i tak już była do połowy pusta. – Nie za szybko?
Spojrzałem na niego dość nieprzytomnym wzrokiem.
- Nie, dlaczego niby? – wzruszyłem ramionami. Usiłowałem wstać, jednak, z nieznanej dla mnie przyczyny, świat się nagle zachwiał. Straciłem równowagę, i byłbym spadł z łóżka, gdyby nie złapał mnie Luka.
Na szczęście nie rozlałem.
- O nie, koniec z piwem mój drogi – zawyrokował, wciąż mnie trzymając. Delikatnie wyjął mi z ręki butelkę i odstawił obok łóżka.
- Uhm… - wyszczerzyłem się do niego jak idiota.
Świat był przecież taki piękny…
‘Wspiąłem się” po chłopaku i zarzuciłem mu ręce na szyję. Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Luka… Anata wiesz nani…?
Nie wiem, co mnie wtedy naszło. A właściwie to wiem. Trzy i pół piwa na niedoświadczony czternastoletni łeb to całkiem sporo.
W każdym razie, wreszcie powiedziałem coś, co tkwiło w mojej podświadomości już od jakiegoś czasu, ale nie do końca to jeszcze rozumiałem.
- Luka… boku wa anata ga daisuki… - przytuliłem się do niego… no i pocałowałem.
Miał delikatne i ciepłe usta… Tyle się w każdym razie dowiedziałem zanim dotarł do mnie co robię i oprzytomniałem.
Odsunąłem się szybko.
- Boku… ja… znaczy… - zacząłem się plątać, usiłując zejść z Luki i z jego łóżka, co wychodziło mi dość rozpaczliwie. – Gomee… - spadłem z łóżka. – …nnasai – dokończyłem już z podłogi.
- Uważaj! – powiedział trochę za późno. Złapał mnie za rękę i z powrotem wciągnął na miejsce obok siebie.
- Ja… - popatrzył na mnie niepewnie. – Nie wiem czy dobrze zrozumiałem, ale… - z każdym słowem zbliżał się do mnie coraz bardziej, a ja uchylałem się przed nim, aż leżałem na płask na plecach a on pochylał się nade mną. – Ja ciebie też… - wyszeptał. I teraz to on przycisnął swoje usta do moich.
Po chwili rozchylił mi usta językiem, pogłębiając pocałunek. Niebo a ziemia w stosunku do tego, co ja…
Jęknąłem cicho i objąłem go za szyję, przyciągając bardziej do siebie.
To był cudowny wieczór…
Fakt, że przez to później przytuliłem się do Luki, przysnąłem i spóźniłem się do domu. Cudem mama tak się o to wściekła, że nie zauważyła, w jakim stanie wróciłem.
Następnego dnia miałem lekką ‘migrenę’.
Cały czas byłem szczęśliwy. Pierwszy pocałunek, pierwsza odwzajemniona miłość… jakiś tam ból głowy nie mógł mi popsuć nastroju.
Żeby było lepiej, w poniedziałek nie było w szkole Karolka i jego kumpli, a gdy przyszli we wtorek byli w dość nieciekawym stanie.
Karolek miał złamany nos, zmiażdżoną wargę i wybity bark, Piotrek podbite oko i nogę w gipsie, Tomkowi brakowało dwóch zębów, a lewą rękę miał na temblaku. Marek wyglądał z nich wszystkich najlepiej – podbite oko, naderwane ucho i tylko lekko utykał.
Wszyscy czterej patrzyli na mnie z nieskrywaną nienawiścią, jednak, co mnie zdziwiło, żaden z nich nie wygłosił jakiegokolwiek komentarza na mój temat.
Początkowo myślałem, że albo coś szykują, albo po prostu nie są w stanie… Potem zacząłem łączyć fakty, co w sumie nie było takie łatwe zważywszy na to, że z piątku zapamiętałem głównie pocałunki…
Tak więc, na pierwszej długiej przerwie, poszedłem do najcichszego korytarza w piwnicach szkoły i zadzwoniłem do Luki, modląc się żeby on nie miał teraz jakiejś lekcji.
Chyba nie miał, bo odebrał.
- Hej. To ja.
- Cześć… - wyraźnie słyszałem zdziwienie w jego głosie. – Miło, że dzwonisz…
- To ty? – Zapytałem od razu, nie bawiąc się w zbędne wstępy. – Czy to ty obtłukłeś te młotki z mojej klasy?
- Odczepili się? – odpowiedział pytaniem.
- Ale to ty?
- Ale odczepili się?
- To ty?
- Odczepili?
Westchnąłem ciężko.
- Na razie nie bardzo są w stanie się czepić… To ty?
- Uhm… - mruknął. Od razu pojawił się przed oczami jego zadowolony z siebie uśmiech.
- Baka! – wrzasnąłem do telefonu. – Pojebało cię?
- Nie, czemu?
- Dakara, że teraz jak wyzdrowieją karera obtłuką boku motto niż zwykle!!
- Spokojnie… I mów po polsku, bo cię nie do końca rozumiem…
Prychnąłem gniewnie w odpowiedzi.
- No już, już, spokój. Spotkamy się po lekcjach… kocham cię słońce.
- Chotto… - zacząłem, ale on się już rozłączył.
- Kisama… - z ust popłynęła mi długa i skomplikowana wiązanka po japońsku, o tym, co ja sądzę na temat Luki i jego działań, i co bym mu bardzo chętnie w tej chwili zrobił.
Cisnąłem swoją torbą o ścianę i usiadłem na ziemi, wciąż gniewnie pomrukując pod nosem.
- Demo… Luka wa… suteki, nee… - Westchnąłem.
Nagle zorientowałem się, że ktoś koło mnie siedzi. Spojrzałem w bok i zobaczyłem przesłodką rudą istotkę we mnie wielkimi, pełnymi zachwytu, zielonymi oczami.
- Ty… - odezwała się dziewczyna. – Ty mówisz po japońsku…
Przez chwilę chciałem uciec. Szybko jednak zwalczyłem ten impuls – bo niby z jakiej przyczyny miałem zwiewać?
- Hai, boku wa nihongo o iimasu.
Jej oczy zrobiły się jeszcze większe.
- Ee… - mruknęła. – Gomen, ale nie rozumiem…
Roześmiałem się.
- Kimi wa kawaii…
Tym razem się zarumieniła.
- To zrozumiałam…
- Jakie urocze… - poczochrałem ją lekko po włosach. „Kuso… Przejmuję nawyki od Luki…” przemknęło mi przez myśl.
- No… Atashi wa Wiewiufka desu! Dozo yoroshiku.
- Hajimemashite. Dozo yoroshiku. – wymieniliśmy standardowe formułki grzecznościowe. Miło jest poznać kogoś, z kim można normalnie porozmawiać.
Wiewiufka była tak słodką istotą, jakiej jeszcze nigdy nie spotkałem. Była bardziej próchnicogenna niż gryzienie cukru. Naprawdę.
Wbrew wszystkiemu jednak bardzo przyjemnie spędzało mi się z nią czas. Bo poza całą swoją słodyczą, była inteligentna i łapała w lot każdą moją ironię i złośliwość w stosunku do świata. No i podzielała moją pasję, jaką jest jedzenie.
Wciąż jednak więcej czasu spędzałem z Sebkiem, bądź na czytaniu dziwnych mang.
Mijał czas. Nadszedł grudzień, a z nim sezon świąteczny, potem zimny styczeń i egzaminy kończące semestr, aż w końcu upragnione ferie zimowe na sam koniec miesiąca, na których zimy już nie było…
Wbrew moim pesymistycznym przewidywaniom Karolek i spółka dali mi spokój. Patrzyli na mnie spode łba na korytarzu, ale już ani razu nie słyszałem, że któryś z nich chciałby się ze mną umówić.
To wydarzyło się… w połowie ferii, na samym początku lutego.
Wtedy, mimo że mieliśmy wolne już od kilku dni nie miałem zupełnie jak się spotkać z Luką. Chociaż w sumie byliśmy razem już prawie pół roku nie posunęliśmy się dalej niż całowanie. Odpowiadało mi to, bo mimo wszystko na temat seksu między dwoma facetami miałem dość mgliste pojęcie. Wolałem poczekać… w końcu, mimo całego mojego buntu, wciąż byłem dzieckiem.
Nie pamiętam, jaki był tamten dzień. Chyba raczej zimny, bo miałem na sobie grube bluzę i kurtkę.
Zauważyłem, że coś jest nie tak jak tylko otworzył mi drzwi. Białka oczu miał przekrwione jakby ostatnio nie sypiał dobrze, a źrenice były dziwnie rozszerzone.
Wyszczerzył się do mnie jakoś dziwnie i gestem zaprosił do środka.
- No właź, właź, rozbieraj się rozgość… – mówił bardzo szybko, jakby go ktoś nakręcił. – Chcesz coś pić?
- Nie, dzięki… - mruknąłem niepewnie. Coś mi tu zupełnie nie pasowało, ale nie wiedziałem dokładnie co.
- Idź do pokoju, ja za moment przyjdę, muszę wziąć prysznic… A, jeszcze jedno… - przyciągnął mnie do siebie i gwałtownie pocałował. – No, słodki jak zawsze… - mruknął odrywając usta od moich. – To ja zaraz wracam! – uśmiechnął się do mnie i poszedł do łazienki.
Zdjąłem buty i kurtkę. Chociaż śmiał się, że ‘u niego w zimie piździ’, mi było bardzo ciepło, wiec bluzę też rozpiąłem.
W pokoju rzuciłem torbę i czapkę na krzesło i ułożyłem się wygodnie na łóżku.
Czekałem tak dziesięć minut, piętnaście, dwadzieścia… Zacząłem się nudzić. W końcu wstałem żeby popatrzeć po półkach czy nie ma czegoś ciekawego do poczytania.
Ale to, co pierwsze przykuło mój wzrok był woreczek z białym proszkiem leżący przed ‘Diuną’ Herberta.
- O nie… - jęknąłem cicho. To na pewno nie był ‘Melanż’…
Rozejrzałem się jeszcze raz po pokoju. Na biurku znajdowały się ślady po białym pyle i jedna ścieżka. To było zbyt oczywiste.
- Nie…
Usłyszałem, że wreszcie wyszedł z łazienki.
Wyjrzałem z pokoju. Aż mi się dziwnie zrobiło na jego widok. Miał na sobie tylko przykrótkie spodenki, na dodatek nie dopięte, przez co widać było skrawek bielizny, a na ramiona zarzucił ręcznik. Jasne włosy posklejały się w pasma i lekko poskręcały od wilgoci.
Wyszczerzył się do mnie, ale jakoś nie podzielałem jego wesołości.
- Luka… - zacząłem niepewnie. – Powiedz mi, że to sproszkowana kreda…
- Że co? – nie zrozumiał. Wszedł do pokoju i spojrzał na biurko. – A to… to jest ser.
- Ser? – wytrzeszczyłem oczy.
- No tak. Ser. Feta. Am-feta – zaśmiał się i przełożywszy moją torbę na ziemię usiadł na krześle.
- To nie jest śmieszne! – zawołałem oburzony.
- Dlaczego niby?
- Bo to są narkotyki i to ostre! – byłem wstrząśnięty. Czułem jakby… właśnie rozpadł się kawałek mojego świata. Stałem tam bez ruchu zbyt załamany by cokolwiek zrobić.
Potrafiłem zrozumieć picie, palenie… ale narkotyki były dla mnie czymś przerażającym.
- Jesteś uroczy, kiedy się złościsz, wiesz? – pochylił się nad biurkiem i wciągnął nosem kreskę białego proszku.
Zaśmiałem się nerwowo, słysząc dźwięk, jaki z siebie przy tym wydał.
- Luka…
- No co? – wstał i podszedł do mnie.
- Nic… - odruchowo się odsunąłem.
- Też spróbuj, fajnie jest!
- Chyba tobie odbiło!
Luka się tylko uśmiechnął i przyciągnął mnie do siebie.
- Nie… puść mnie! – wyrwałem się. – Od dawna ćpasz?
- E tam ćpanie… - wzruszył ramionami. – Trochę od czasu do czasu nikogo nie zabije…
Nagle popchnął mnie na łóżko.
- Co ty odstawiasz?! – krzyknąłem zdumiony.
- Powinienem zapytać o to ciebie! – powiedział z niespodziewaną złością.
Usiłował mnie pocałować, ale znów się odsunąłem. Nie chciałem jego pocałunków. Już nie.
Aż sapnął z wściekłości.
Złapał mnie mocno za ramiona i jeszcze raz spróbował. Syknąłem cicho z bólu, ale już się nie szarpałem.
- Co tym razem znowu nie tak? – warknął. – Świętoszek się kurna znalazł…
Patrzyłem na niego rozszerzonymi oczami. Nie wiedziałem zupełnie, o co mu chodzi. Nie rozumiałem go, nie znałem go takiego… i wcale nie chciałem znać. Bałem się.
- Luka… - szepnąłem. – Yamete… puść mnie…
- Teraz to puść mnie tak? – Uśmiechnął się złośliwie.
Miałem dość. Czułem jakby coś zaciskało mi się w gardle, dusząc mnie.
Był totalnie rozchwiany emocjonalnie i nieprzewidywalny… w tym stanie mógł zrobić wszystko.
- Jesteś naćpany! – usiłowałem warknąć, jednak głos odmówił mi posłuszeństwa i zabrzmiało to nieco piskliwie.
- I napalony… - wymruczał i musnął dłonią moje krocze, drugą podciągając mi do góry koszulkę.
Odepchnąłem jego rękę.
- Weź się uspokój ile ja mam jeszcze, kurwa, czekać? – w jego głosie znów zabrzmiała wściekłość. – Pół roku a my się ledwo całujemy!
Zadrżałem. To o to chodzi, tak?
- Mam dość! – szarpnięciem rozerwał mi koszulkę. Chyba zrobił to bardziej ze złości niż w jakimś innym celu…
Czułem rozdzierającą pustkę.
Dlaczego?
- Jebane pół roku! – Wpił się w moje usta, i brutalnie wtargnął do ich wnętrza językiem. Trudno było to nazwać pocałunkiem.
Czyli to wszystko były sztuczki prowadzące do jednego? To wszystko… pół roku… oszustwem?
Zacząłem się wyrywać…
CDN
piątek, 13 lutego 2009
FATE. story ONE: Be Destined. part ONE: TRUST.
Wszystko zaczyna się w jednym miejscu. Każde życie choćby nie wiem jak słabe i przeklęte. Ma jakiś swój początek. Momenty przełomu. Czas, kiedy wszystko się zmienia, zdarzenia, które budują kolejne.
Nie ważne, co się stanie i tak będzie źle. Nie ważne, co zrobię i tak będę stracony.
W którąkolwiek pójdę stronę będzie to droga do przepaści…
A los… jest okrutny i przewrotny…
Urodziłem się i wychowałem w Polsce. Nienawidzę tego miejsca. Tu spotkała mnie… najgorsza rzecz w moim życiu? Możliwe… Nie wiem. Na pewno odbiła się na moim życiu bolesnym piętnem. Może kiedyś zapomnę… ale ono nigdy nie zniknie.
Zmieniła mnie. Chyba na gorsze…
Czarne włosy, brązowe, minimalnie skośne, oczy, chudy, drobny, o delikatnych dziewczęcych rysach… nienawidzę tego. Ale nigdy nie dałem sobie ściąć włosów.
Właściwie to nie tak. Nie nienawidzę swojego wyglądu, tylko stosunku ludzi do niego.
Większość ‘znajomości’ zaczynała się od ‘laleczko’ a kończyła na ‘homo-niewiadomo’, bez żadnej rozmowy, a jedynie po poprawce, że jestem chłopakiem. Nigdy nie ubierałem się jak dziewczyna, a mimo to… na pierwszy rzut oka stwierdzano ‘chłopczyca’.
To wszystko przez tą ‘czwartą krew’. Mój ojciec jest niezbyt wysoki, ale silnej budowy, o bystrym spojrzeniu ciemnych oczu. Ja jednak się wdałem w babcię, drobną japonkę o słodkiej buzi.
Wychowałem się na japońskiej muzyce rockowej. To ukształtowało moją psychikę. A właściwie ją skrzywiło.
Jako czterolatek radośnie i uparcie stwierdziłem, że chcę mieć dzieci z ładną panią Hiroto.
To, że Hiroto był stuprocentowym mężczyzną było nic nieznaczącym szczegółem. No i fakt – jego wygląd mógł zdecydowanie budzić wątpliwości, co do płci – długie brązowe loki, potem proste włosy, delikatna buzia i zwiewne ubrania – wyglądał jak typowa młoda dziewczyna lat ’90, a nie dwudziestosześcioletni mężczyzna.
Och, to nie tak, że jestem gejem. Jeśli już mam się tak definiować to łatwiej mnie uznać za Bi – kobiety mi się podobają. Ale… moje życie się skrzywiło w taki a nie inny sposób.
Przy mojej budowie, jako czternastolatek wyglądałem jak dwunastoletnia chłopczyca. Luźne ciuchy, związane w kitkę długie włosy i wielka torba na ramieniu. Charakterystyczne dziecko ze mnie było…
Regularnie wybierałem się do centrum miasta, do empiku, żeby poczytać komiksy. Nic specjalnego. Nie miałem zbyt wielu przyjaciół… w sumie to nie wiem czy miałem jakichkolwiek przyjaciół.
To były wakacje, lipiec. Niedługo po ukończeniu przeze mnie pierwszej klasy gimnazjum. Typowo dla siebie siedziałem wciśnięty w kąt w dziale z komiksami. Co czytałem? Teraz już nie pamiętam.
- Nie jesteś za mała na takie komiksy? – Usłyszałem nagle nad sobą.
We mnie natychmiast się zagotowało i zacząłem się rzucać, że nie jestem dziewczyną i mam prawie czternaście lat.
Tak rozpoczęła się nasza znajomość.
Na moje wyrzuty on się roześmiał i lekko poczochrał mi włosy.
- Uroczy jesteś… - uśmiechnął się.
To rozzłościło mnie jeszcze bardziej. Myślałem, że go zaraz pogryzę.
Nie pamiętam już jak to się stało, ale w końcu wylądowaliśmy w pobliskiej kawiarni popijając koktajle.
On miał na imię Łukasz, a ja od razu przechrzciłem go na ‘Luka’. Był przeszło 4 lata ode mnie starszy i właśnie miał iść do 3 klasy liceum. Jednak od razu znaleźliśmy wspólny język. A gadaliśmy o wszystkim. O szkole, o komiksach, filmach, ulubionej muzyce…
W kawiarni przesiedzieliśmy kilka godzin, tak zajęci rozmową, że mój koktajl bananowy i jego waniliowy zrobiły się całkiem ciepłe zanim je dopiliśmy. W końcu zadzwoniła moja mama.
- Myszonek ja rozumiem, że są wakacje, ale może byś już wracał, co?
- Tak mamo…
- Jutro też jest dzień.
- Uhm… już idem… będę za godzinę, jak złapie busa… - rozłączyłem się. – Luka… - zwróciłem się do chłopaka. - Muszę już iść.
- Szkoda… - uśmiechnął się. - Słuchaj… mój numer to 676 xxx xxx… – wybrałem szybko odpowiednie cyfry w telefonie. - Zadzwoń kiedyś.
- Uhm! – Skinąłem radośnie głową. Miałem tak dobry nastrój, że byłem gotów zadzwonić zaraz po wejściu do autobusu.
- Którą linią jedziesz? – zapytał gdy wyszliśmy już z kawiarni.
- 409 spod dworca – wyszczerzyłem zęby. - Ale mogę też jechać tramwajem, wtedy to 10tka.
- Odprowadzić cię?
- Jasne!
Uśmiechnął się lekko i znów poczochrał mnie po włosach.
- Przestań…! – nagle uświadomiłem sobie że czegoś mi brakuje. - O kurcze… - natychmiast zawróciłem i biegiem rzuciłem się do kawiarenki. Na szczęście leżała pod stolikiem, przy którym siedzieliśmy.
- Co się stało? – on dotarł na miejsce w momencie jak wychodziłem.
- Czapka! – pokazałem mu lekko workowaty niebieski kaszkiet. – Moja ulubiona. Nigdy nie wychodzę bez niej z domu!
- Aha… fajna.
Założyłem czapkę chowając pod nią kucyk.
- Wyglądasz w niej prawie jak chłopak… – mruknął z niekłamanym podziwem Luka.
- Dzięki… - warknąłem.
Dusząc śmiech wyciągnął paczkę papierosów.
- Palisz? – zapytałem, chociaż było to oczywiste.
- A ty?
Pokręciłem przecząco głową.
- I dobrze. Nie pal – mruknął odpalając papierosa. - To zgubny nałóg. I kosztowny.
- Nie mam zamiaru. I bez tego na wszystko umieram.
Śmiejąc się dotarliśmy na przystanek tramwajowy. Akurat przyjechała dziesiątka.
- Dobra ja lecę! Ja mata! – Rzuciłem jeszcze po japońsku.
- Papa… Zadzwoń jak będziesz miał czas.
Tylny wagon, do którego wsiadłem, był prawie pusty. Usiadłem przy oknie – Luka wciąż stał na przystanku. Gdy zauważył, że na niego patrzę, pomachał mi, śmiejąc się.
Co zabawne, nie pamiętam go jakoś bardzo dokładnie. Kilka szczegółów, których teraz nie mogę poskładać w całość. Był szczupły, ale całkiem nieźle zbudowany. Później dowiedziałem się, że to efekt chodzenia na siłownie, co najmniej trzy razy w tygodniu. Wydawał mi się wtedy wysoki, ale nie miał raczej więcej niż 175 cm wzrostu – tyle, że ja wówczas mierzyłem mniej niż metr pięćdziesiąt. Twarz miał pociągłą i trójkątną – zawsze wydawała mi się dziwnie kanciasta. Nos długi i prosty. Duże, ciemnoniebieskie oczy. Włosy średni blond, pół długie, zawsze roztrzepane i w nieładzie…
Chyba jednak pamiętam go lepiej niż mi się zdawało…
W końcu nie zadzwoniłem. Zapomniałem. Miął miesiąc, nadszedł duszny i leniwy sierpień, a ja znów siedziałem w empiku, znów czytając komiksy.
- Nie zadzwoniłeś. – usłyszałem nad sobą.
- Luka! – ucieszyłem się.
Chłopak usiadł na podłodze i spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Nie zadzwoniłeś. – powtórzył, mrużąc ciemnoniebieskie oczy.
- Gomen… - mruknąłem zmieszany. – Boku wa… Ja…
- Obietnic należy dotrzymywać… - jego głos był lodowaty. Wręcz poczułem powiew chłodu bijący od niego.
- Ja… - mój głos, wbrew mojej woli, zabrzmiał nieco jękliwie.
Nagle roześmiał się i poczochrał mnie po włosach.
Zmieszałem się jeszcze bardziej.
- Pójdziemy na lody? – zapytał, znów czochrając mi włosy.
- Uhm! Tylko przestań mnie kudłać! – osunąłem mu się spod ręki.
Na twarz odmalowało mu się zdumienie.
- Co?
- No… Kudłać… - widząc, że dalej nie rozumie, rozwinąłem. – Czochrać. Psuć fryzurę. Robić na głowie szopę…
- Aa… A czemu?
- Bo nie lubię… czuje się jeszcze mniejszy i… jak jakieś domowe zwierzątko! – prawie krzyknąłem, pełen wyrzutu.
- Ale ty jesteś taki słodki że nie mogę się powstrzymać! – przysunął się do mnie i znów wsunął rękę w moje włosy.
Miałem mieszane uczucia, co do tego wszystkiego. Z jednej strony, nienawidzę jak ktoś mówi, że jestem słodki. Z drugiej, było w Luce coś takiego… sam nie wiem. Chciałem jego uwagi. Ja…
- To idziemy? – cofnął dłoń.
Pokiwałem energicznie głową i założyłem czapkę.
Zasiedliśmy w tej samej kawiarni, co poprzednio. Ja zamówiłem wielki puchar lodów śmietankowo-czekoladowo-bananowych, z czterema połówkami bananów i polewą czekoladową – ‘Banana Dream’, a Luka o dwie trzecie mniejszy Choco-Fan.
Kiedy nam je przynieśli Luka spojrzał się na mnie dziwnie.
- Co ty masz z tymi bananami? – spytał.
- Nic… - wzruszyłem ramionami. – Lubię je, bo co?
- No, bo z twoim wyglądem… - zawahał się. – Nieważne.
- Co nie ważne? – obruszyłem się.
Westchnął.
- Za młody jesteś… - machnął ręką.
- Niedługo kończę czternaście lat! – warknąłem, wkładając banana do ust.
- No właśnie… Nie jedz tego banana w ten sposób!
- Mhm? – Nie bardzo miałem jak mówić, więc wysunąłem owoc z ust. – Dlaczego?
- Bo to wygląda… - spojrzał w bok.
- Jak?
- Perwersyjnie. Jakbyś loda robił. – stwierdził dobitnie, już nie próbując łagodzić swoich słów.
- Że… co? – szczęka mi opadła, a banan mało nie wypadł z ręki. Odłożyłem go z powrotem do pucharka i wybuchłem lekko histerycznym śmiechem.
- Mówiłem, że jesteś za młody… - mruknął.
Natychmiast przestałem się śmiać.
- Wcale nie!
- Eh… - westchnął ciężko. – Niech ci będzie.
Później tego typu sprzeczki zdarzały nam się regularnie. Najczęściej kończyło się na westchnieniu ‘niech ci będzie’, bo wyjątkowo uparte i kłótliwe ze mnie stworzenie.
Oczywiście tamtego dnia znowu się zagadaliśmy, i znowu dzwoniła do mnie mama, żebym wreszcie wrócił do domu.
- Spotkajmy się jutro. – zaproponowałem chowając komórkę. – W czasie wakacji jestem w centrum prawie codziennie. W końcu nie mam nic innego do roboty. Zazwyczaj przychodzę koło południa, i potem w Empiku czytam, co mi w łapy wpadnie.
Skinął głową.
- Ale daj mi jeszcze swój numer, dobra?
- Sześć… e… czekaj nie pamiętam… - zacząłem szukać po kieszeniach telefonu. Miałem taki talent, że byłem w stanie go zgubić we własnej torbie w piętnaście sekund.
- Nie pamiętasz własnego numeru?! – spojrzał na mnie jak na coś dziwnego.
Nie to, że byłem normalny.
- No… po co? Sam do siebie nie dzwonie przecież… - wzruszyłem ramionami. Udało mi się znaleźć telefon i teraz usiłowałem wydobyć z niego mój numer. – 697 XXX XXX
- Dzięki… fajny masz numer… – uśmiechnął się kątem ust. – Będę w Empiku koło trzynastej. Jakby coś, zadzwonię.
Znów poczochrał mnie po włosach. Nagle jednak zsunął dłoń i zaczął mnie czochrać za uchem.
Automatycznie przymknąłem oczy, i aż westchnąłem na tę pieszczotę. To było takie przyjemne…
Trwało to tylko kilka sekund aż oprzytomniałem, i mrucząc – przestań… - odsunąłem się od jego ręki.
- Jak kot… - zaśmiał się. – Leć. Twoja mama będzie się martwić.
Nagle zrobiło mi się smutno.
- Do jutra.
Zobaczyłem, że właśnie podjeżdżał mój autobus.
- Do jutra. Mata Ne! – zawołałem odbiegając w podskokach.
Już siedząc w autobusie wyjrzałem przez okno.
Luka wciąż stał i patrzył na mnie.
Następnego dnia byłem w Empiku już o dziesiątej. Po prostu nie byłem w stanie usiedzieć w domu.
Dwie godziny ciągnęły mi się jak pięć. Siedziałem pod półką jak na szpilkach, co pięć minut zerkając na komórkę żeby sprawdzić czas.
Około dwunastej prawie podskakiwałem za każdym razem jak ktoś przechodził obok.
Za piętnaście pierwsza przestałem już udawać, że czytam i zacząłem krążyć po Empiku.
Dziesięć po pierwszej zacząłem się denerwować. No dobra, denerwowałem się już wcześniej. Teraz to już o nerwicę zahaczało.
Dwadzieścia po, nie wytrzymałem i zacząłem dzwonić.
Nie odbierał.
Po czwartej próbie byłem już wściekły. Schowałem telefon i ruszyłem do wyjścia.
W tym momencie wbiegł zdyszany Luka mało mnie nie przewracając. Włosy miał jeszcze bardziej rozczochrane niż zwykle, wilgotne od potu, a na twarzy pojawiły mu się rumieńce z wysiłku.
Łapczywie usiłował złapać powietrze.
- Prze… przepraszam… - wydyszał. – Za… spóźnienie…
- Nie zadzwoniłeś… - mruknąłem mrużąc oczy, specjalnie powtarzając jego słowa z wczoraj.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
Nie mogłem jednak długo utrzymać poważnego wyrazu twarzy i po chwili obaj dusiliśmy się ze śmiechu.
No, Luka jeszcze też od biegania.
Do końca wakacji spotykaliśmy się codziennie.
A ja, każdego dnia, ufałem mu coraz bardziej.